Opowieści o Kroke :: Album "Live At The Pit"

[...] Płyta "Live at the Pit" nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że magia Kroke to magia muzyki, a nie techniki i że magię tę tworzą ludzie, a nie kilogramy najnowocześniejszego sprzętu. [...]

Magia spotkania

Płyty koncertowe zawsze są trudne. To nie nagrywanie w studio, gdzie w razie pomyłki można coś poprawić, wykasować fałsze i zgrzyty, jeśli trzeba - powtórzyć akord, refren czy nawet cały utwór. Tu nie ma miejsca na poprawki. Tylko najwięksi (czytaj: najbogatsi) mogą sobie pozwolić na nagrywanie wielu koncertów, by potem z dużej ilości materiału, usunąć wszelkie potknięcia, wybrać to, co najlepsze i stworzyć całkowicie nowy, dokonały koncert. Nagrywanie na koncercie stanowi bardzo trudny egzamin przede wszystkim dla muzyków - dla słuchacza zaś jest okazją do sprawdzenia, czy to, co słyszy na płytach studyjnych to magia muzyki, czy może tylko technika nagraniowa. Płyta "Live at The Pit", nagrana w lipcu 1998 [1] roku w podlondyńskim Crondall, w czasie trasy koncertowej po Wielkiej Brytanii, nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że magia Kroke to magia muzyki, a nie techniki i że magię tę tworzą ludzie, a nie kilogramy najnowocześniejszego sprzętu.
"Live at The Pit" jest pewnego rodzaju podsumowaniem pierwszego okresu działalności Kroke. Materiał nagrany na płycie to głównie dźwięki znane z albumów "Trio" i "Eden", uzupełnione kilkoma nowymi kompozycjami, wplecionymi jednak w utwory już znane. Jednak od pierwszych minut koncertu słychać, że to ta sama, ale nie taka sama muzyka. "Live at The Pit" pokazuje, że zespół nie zatrzymał się, że wciąż szuka nowych sposobów przekazania swoich emocji muzycznych i nowych brzmień.
Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha :-)) wszystko jest jak przedtem: ci sami ludzie, ten sam zestaw instrumentów, te same utwory. Ale z każdą minutą słychać coraz wyraźniej, że muzyka Kroke jest muzyką żywą, że zmienia się, że brzmi jednak inaczej niż na poprzednich płytach. Jeszcze pierwszy utwór "The Night in the Garden of Eden" można porównać z płytami studyjnymi. Początek jakże typowy dla Kroke - ponadminutowa, jakby nieco wirująca partia skrzypiec, do których powoli dołącza kontrabas i akordeon, przeciągając wstęp o kolejną minutę. A potem piękna smutna melodia prowadzona przez Tomasza Kukurbę, wspomaganego przez Jerzego Bawoła, w znanym już z "Trio" i "Eden" charakterystycznym splątaniu dźwięków skrzypiec i akordeonu. Po chwili muzyka zmienia się, przyspiesza, akordeon Jerzego Bawoła gra teraz jakby "na dwa fronty" - z jednej strony akordami podtrzymuje i wzmacnia coraz szybsze tempo, wybijane przez Tomasza Lato, a z drugiej biega wokół melodii wygrywanej coraz skoczniej przez Tomasza Kukurbę, czasem tworząc dla niej tło, a czasem włączając się w nią.
Kolejny utwór - "Tsigoyner Tants" także zaczyna się długim wstępem, ale tym razem granym przez akordeon. Jerzy Bawoł wychodzi od szkicu tradycyjnego tematu, by zasupłać go w ponadminutowej wariacji, a następnie zostawić miejsce Tomaszowi Kukurbie, który rozplątuje ową wariację, powracając do cygańskiej melodii. Warto tu zwrócić uwagę na brzmienie instrumentu pana Tomasza - głębokie, niskie, drgające i wpadające w niemal jazzowo-elektryczne brzmienie, czasem zaś przechodzące w przenikliwe wysokie tony, przypominające ludzki głos. To brzmienie i ten sposób gry, spiralnie opadający i wznoszący się, zmieniający wysokość i tempo słyszeliśmy już na poprzednich płytach, ale zdecydowanie rzadziej, mieszało się ono z tonami czysto klezmerskimi, z cygańskim zaśpiewem. Na "Live at the Pit" owo specyficzne niskie brzmienie jest wyrazistsze, pełniejsze i staje się wiodące, to od niego zaczynają się improwizacje, to ono stanowi podstawę - jak kiedyś nazwał to Tomasz Kukurba - "metafizycznych wtrętów".
Skrzypce skrzypcami, ale "Tsigoyner tants" wart jest uwagi także ze względu na grę kontrabasu i akordeonu. Oba instrumenty pozornie pełnią w tym utworze rolę tła, pozornie skupiają się tylko na tworzeniu rytmicznej przestrzeni, którą wypełnić mają melodią i improwizacją skrzypce. Dla mnie jednak partie kontrabasu i akordeonu są niemal równie ważne jak melodia skrzypiec i tworzą nie tyle ramy, co jakby szklaną przestrzeń, jakby ściany wielkiego akwarium, bez którego dźwięk skrzypiec rozlałby się na wszystkie strony. W takich momentach widać, jaką zwartą całość stanowi Kroke, jak poszczególne dźwięki pasują do siebie, a instrumenty wzajemnie się uzupełniają. Jeszcze wyraźniej widać to w kolejnym utworze, będącym połączeniem nowej kompozycji Kroke - "Water" ze znanym już z "Eden" - "Dafino Vino". W tej siedemnastominutowej suicie muzycy Kroke tworzą niesamowity nastrój, klimat, wciągający słuchacza do tego stopnia, że dopiero kilkukrotne przesłuchanie utworu pozwala w pełni dostrzec jego urok, pozwala rozłożyć utwór na czynniki pierwsze, uporządkować dźwięki poszczególnych instrumentów. W czasie trwania utworu - nie ma na to miejsca, jest tylko muzyka, jedna i niedająca się podzielić, klimatyczna, fascynująca i kojarząca się momentami z opowiadaniem H.P. Lovercarfta "Muzyka Ericha Zana". I może muzyka ta - podobnie jak Ericha Zana - wyczerpała muzyków, bo finał utworu, zamiast z ogniem, zagrany został spokojniej, za spokojnie wręcz, co moim zdaniem psuło efekt i niesamowity klimat całości.
Warto zwrócić uwagę na "Bessarabian Hora" - utwór znany z pierwszej płyty Kroke, a na omawianej płycie zagrany zupełnie inaczej, w sposób pokazujący - być może najpełniej - drogę, jaką Kroke przebyło w ciagu ostatnich paru lat. Kompozycja zagrana jest dojrzalej, spójniej, wielobarwnej, instrumenty uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz to nowe kombinacje dźwięków. Przepiękne duety Tomasza Lato i Tomasza Kukurby, stapiają brzmienie skrzypiec i kontrabasu w dziwne brzmienie, które niezauważalnie przechodzi w długo i nisko graną partię akordeonu, by po chwili stać się dialogiem akordeonu i skrzypiec, wspomaganym mocnym rytmicznym dudnieniem kontrabasu... I niby utwór jest krótszy niż na płycie, ale moim zdaniem dzieje się w nim o wiele więcej. Podobnie zresztą, jak w "Kazimierz Impressions" czy - może w nieco mniejszym stopniu - w "The Secrets of the Life Tree". Oba te utwory pokazują wyraźnie, jaką rolę w muzyce Kroke gra chwila, nastrój, jak ważna jest oparta na nich improwizacja - obie kompozycje zagrane są przepięknie, w sposób przywołujący poprzednie albumy zespołu, ale jednak inaczej. Ta inność nie wynika wyłącznie z warunków, to nie różnica jedynie czystości brzmienia studyjnego i warunków koncertowych - to zmiana, która powstaje na gorąco, która ma swoje źródło w nastroju koncertu, to wokaliza Tomasza Kukurby, która rozpędza się i rozrasta od klimatów chasydzkich aż do przenikliwych tonów wysokiego zaśpiewu, który stał się już znakiem rozpoznawczym Kroke, to mantryczny niemal rytm wygrywany przez akordeon i kontrabas, rytm tworzący i podtrzymujący nastrój...
Moim ulubionym na "Live at the Pit" fragmentem są jednak połączone utwory "Spil Klezmer/Yiddish Freylekhs". Kompozycja zaczyna się powoli, tradycyjnym rytmem, by potem nagle przyspieszyć. Tomasz Lato gra mocno - prosty, pełen energii rytm i długie dźwięki akordeonu Jerzego Bawoła robią miejsce dla niemal cygańskiego solo Tomasza Kukurby. Chwilę potem ostre, czardaszowe granie skrzypiec przechodzi w partię graną nisko przestrzennie, jakby wspinającą się ku górze z powrotem ku melodii czardasza. I nagle utwór się wycisza, zaczyna się niesamowite solo akordeonu, z którego Jerzy Bawoł wydobywa całą skalę dźwięków i nastrojów. Ale siła tego utworu - poza solowymi partiami skrzypiec i akordeonu moim zdaniem tkwi w tle: w hipnotycznym rytmie kontrabasu, w dźwięku skrzypiec, podtrzymującym solo akordeonu. Warto posłuchać tego kołowania, tego falowania skrzypiec, niezauważalnie tworzącego dziwny niepokojący nastrój. To znowu Kroke grające razem, to znowu muzyka, w której każdy element jest dokładnie na swoim miejscu, w której rytm, tło i melodia, niezależnie od tego, który z muzyków gra poszczególne elementy (zresztą w przypadku Kroke trudno mówić o jakichkolwiek z góry przypisanych rolach) tworzą jedną całość.
Koncert ma swoje prawa, swoją specyfikę - tu nic nie można poprawić, słychać każde potknięcie, każdy dźwięk "obok"... I to atut nagrań koncertowych, to pokazuje, że grają żywi ludzie, a nie zaprogramowane maszyny, dodaje muzyce prawdziwości, a u słuchacza nie wywołuje żadnych negatywnych emocji - wręcz przeciwnie - jeśli coś się pojawia, to raczej uśmiech. Z uśmiecham bowiem słuchałem jak w utworze siódmym Tomasz Lato spóźnia się z wejściem kontrabasu i musi doganiać zespół. A jeszcze większy uśmiech wywołuje początek "Sher", kiedy to można odnieść wrażenie, że Jerzy Bawoł i Tomasz Lato celowo usiłują przeszkodzić sobie nawzajem, że specjalnie przyspieszają i zwalniają rytm, by zmusić kolegę do błędu. Tak chyba odczytała to publiczność, której śmiechy słychać w czasie tego "pojedynku na pomyłki". Sam utwór rozwija się od wolnego wstępu do pełnego energii środka, a partię skrzypiec... No, właśnie - nie ma partii skrzypiec. Tomasz Kukurba gra na perkusji. W roli perkusji wystąpił kontrabas Tomasza Lato :-) Rola perkusisty chyba spodobała się Tomaszowi Kukurbie, bo jakby nie zauważył zakończenia utworu i w zapamiętaniu bębnił dalej przechodząc od sola niemal jazzowego do gorących południowych rytmów i wciągając do gry publiczność oraz właściciela kontrabasu.
To był naprawdę znakomity koncert. Artyzm i dyscyplina mieszały się tutaj ze swobodą i poczuciem humoru, jazz z muzyką bałkańską, melodie klezmerskie z przejmującymi wokalizami, ballady z kompozycjami pełnymi energii i długimi fragmentami ilustracyjnymi. Kroke udowodniło, że jest zespołem, który na żywo wcale nie brzmi gorzej, że potrafi publiczności zadumać, a po chwili porwać. To była naprawdę żywa muzyka. Szczególne wyrazy uznania należą się realizatorom tej płyty - Simon Woods [2] i Dariusz Grela wykonali świetną pracę. Jakość nagrania jest naprawdę znakomita, brzmienie jest czyste, pełne, wszystkie instrumenty są znakomicie słyszalne, bez względu na to, czy grają partie solowe czy elementy tła - ta czytelność jest niezmiernie istotna w przypadku muzyki Kroke. Może trochę szkoda, że tak słabo słyszalna jest świetnie reagująca publiczność...
Dla pełni informacji odnotujmy, że "Live at the Pit" nominowana została do Nagrody Niemieckiej Krytyki Płytowej ("Preis der Deutschen Schalplattenkritik" - chyba brzmi dumniej? :-)), co wyraźnie pokazuje, że autor tej recenzji nie był w swoich sądach odosobniony :-)

[1] co do tego, kiedy płyta została nagrana zdania są podzielone. Na stronie zespołu Kroke widnieje data 1 lipca. Ale na okładce płyty czytamy, że nagranie zostało dokonane 3 lipca. To znaczy, czytamy w dwóch miejscach, bo w trzecim - w notce angielskojęzycznej znowu pojawia się data 1 lipca. Może więc najlepiej będzie, jeśli wzorem kaowca z "Rejsu" powiemy, że płyta została nagrana w lipcu... w połowie lipca... dokładnie w pierwszej połowie lipca :-)
[2] czy on jednak nie miał na imię Chris? :-)

AJK

TOP ↑