Nieszczęśliwa siódemka
Nie lubię tej płyty.
...
Już? Przeszła Wam pierwsza złość i nie chcecie mnie udusić? :-) No to się wytłumaczę.
Na "Seventh Trip" czekaliśmy wszyscy bardzo długo - aż cztery lata. Może gdyby ten album ukazał się wcześniej, w 2004-2005 roku, odebrałbym go inaczej, może uznałbym, że to rozwinięcie pomysłów z "Ten Pieces to Save the World", że to etap konsekwentnej pracy, etap drogi muzycznej itp... No, ale czekałem cztery lata. Kiedy już się doczekałem - najpierw nie byłem w stanie jasno określić swojego stosunku do płyty. Nie zrozumcie mnie źle - nie chodzi o to, że jestem stylistycznym radykałem i wymagam trzymania się dotychczasowego stylu (hmmm... tylko którego? Tego z "Trio"? Tego z "Sounds of the Vanishing World" czy tego z "Ten Pieces..."?), czy wręcz inżynierem Mamoniem, który lubi tylko te piosenki, które zna. Oczywiście, przez reminiscencję :-) Z drugiej strony nie jestem też jakimś zideologizowanym wyznawcą zmian dla samych zmian. Doceniam wartość zdecydowanego stylu, wartość - nawet - przewidywalności. Uznaję prawo artysty do grania, co mu się żywnie podoba, bo to w końcu on tworzy, a nie słuchacz. Słuchacz jest od słuchania, że tak odkrywczo powiem. Od słuchania ale i od stwierdzenia czy mu się podoba, czy nie. I dlaczego.
Zaczniemy od plusów.
Melodie - po raz kolejny Kroke udowodniło, że ma rękę do chwytliwych tematów, że szeroko pojęta "muzyka świata" to także przestrzeń dla przebojów. Jest na "Seventh Trip" kilka utworów, które zostają w pamięci, które nuci się potem tygodniami - np. "Awakening", "Papillon", "Seventh Trip", "Dance of the Snowflake", "Eddie". Każdy z nich jest inny i każdy inaczej zapada w pamięć, inaczej działa na słuchacza (bo jak porównać motywy z "Seventh Trip" z "Eddiem", a właściwie z dwiema jego częściami?).
Nowe brzmienia - recenzje mówiły o wyprawie w Orient, w brzmienia arabskie. Ba! sam tak pisałem w relacji z koncertu w Centrum Kultury Żydowskiej. Hmmm.... właśnie sprawdziłem - nie pisałem :-) No, ale tak mi to wtedy brzmiało. Im jednak dłużej słucham "Seventh Trip", tym mniej skojarzeń mam z klasycznym Orientem, tym mniej odwołań do muzyki arabskiej pojawia mi się przed uszami. Greckie wyspy - i owszem; jakieś odniesienia tureckie - jak najbardziej; brzmienia muzyki żydowskiej - tak, sporo. Ale arabskość... Z drugiej strony - muzyka Kroke otwiera pole intrepretacyjne, zostawia słuchaczowi możliwość własnych skojarzeń i zmienia się wraz z jego (słuchacza) nastrojami. Moim zdaniem to zaleta i to spora.
Orientalność muzyki dało się osiągnąć dzięki ustawieniu perkusji i przeszkadzajek brzęczących w tle. Kiedy tylko udało się okiełznać jazzowy temperament Tomka Grochota i wykorzystać go nie do wybijania rytmu, ale do współtworzenia klimatu - efekt był znakomity. W utworze "Canon" chociażby - Tomek gra tam cicho i delikatnie, ale w dużej mierze to on tworzy "pustynny" nastrój utworu. Podobnie jest w "Dance of the Snowflake". W innych utworach perkusja gra mocniej, ale - tu mam porównanie z koncertami - wcale nie jest jej za dużo. Niestety, nagrywana jest bardzo twardo i ostro, co czasem rozbija nastrój utworu (m.in. "River of Shadows" i "Tommorow for a While"). No, ale to już w ogóle bolączka całej polskiej muzyki - my Sławianie, my nie potrafim nagrywać perkusji i tyle.
Wszyscy zapewne słyszeli drapieżne solo gitary w "Awakening", pierwszym utworze na płycie. Jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że to nie gitara - informuję, że to nie gitara :-) Gitarowe solo wykonał Tomasz Kukurba na altówce obudowanej zestawem różnych elektronicznych cudeniek. Brzmi? Bardzo. Szkoda tylko, że powtórzył potem ten chwyt nas "River of Shadows", bo dwie gitary w barszcz... Tym bardziej, że solo w "Awakening" ma klimat, a to w "River of Shadows"... i tu sobie tylko cicho westchnę.
Ciekawie się słuchało kontrabasu. Wiem, czasem przesadzam w szukaniu "smaczków" instrumentalnych :-) No, sorry - Kroke poznałem, jako zespół, w którym instrumenty są sobie równe, każdy tworzy nastrój, każdy ma miejsce z przodu i w tle itd. Oj, wiecie, bo pisałem o tym do znudzenia. Z czasem ten sposób grania zaczął zanikać, na wyraźny plan pierwszy wysunęła się altówka, potem jeszcze doszła perkusja... i kontrabas Tomasza Lato coraz częściej zaczął grać zwykłe partie rytmiczne, czasem tylko wyskakując z drobnym solo. Zwłaszcza na koncertach dźwięk kontrabasu potrafi słuchaczowi uciec, "zniknąć w tłumie" :-) Tym fajniej słuchało się "Seventh Trip", na której kontrabas nagrany jest wyraźnie, a z funkcji rytmicznych potrafi zrobić nie tylko fundament utworu, ale wręcz jego kręgosłup - tak jest np. w drugiej części "Awakening", kiedy mocna, nieregularna partia basu momentami bardziej przyciągała moją uwagę niż solo altówki :-) Czy w "Seventh Trip" lub "Eddiem", w których Tomasz Lato gra podkład prosty jak barszcz, ale to głównie dzięki niemu utwory mają taki hipnotyczno-upalny klimat.
A minusy? Sporo ich. Uprzedzam, że są subiektywne do bólu zębów i żeby potem nie było, że cokolwiek komukolwiek narzucam, albo wyrokuję autorytarnie. Nie narzucam, nie wyrokuję - siedzę w fotelu i grymaszę, bo mogę :-)
"Seventh Trip" jest dla mnie płytą bez pomysłu. Eklektyzm ma swój urok, ale może także stanowić groźną pułapkę. I Kroke, moim zdaniem, wpadło w nią na swojej siódmej płycie. "Canon" i "Seventh Trip", "Dance of the Snowflake" i "Eddie", "Journey" i "Papillon" - każdy utwór z innej bajki, inne klimaty nie tylko nastrojowe, ale także muzyczne, melodyczne. Raz ślady muzyki wschodu, a raz altówkowo-gitarowe odloty w stylu późnych lat osiemdziesiątych... W sumie wychodzi z tego podobny zbiór jak na "Ten Pieces..." i podobnie jak tamta płyta "Seventh Trip" robi wrażenie albumu nagrywanego na bardzo długie raty, z doskoku, w pośpiechu. Ale jednak "Ten Pieces..." nagrywano w bardzo gorącym dla Kroke okresie - niedługo po sukcesie "Sounds of the Vanishing World" i w czasie, gdy zespół współpracował z Nigelem Kennedy'm, przygotowując płytę "East meets East". W takich warunkach trudno o spójność. Najnowszy album od poprzednich płyt dzieliły niemal cztery lata - a to chyba wystarczający czas, by znaleźć czas na dopracowanie całości... No, chyba że tak właśnie "Seventh Trip" miało wyglądać, że to nie efekt nagrywania w biegu, ale przemyślana maniera... Cóż, jeśli tak - do mnie nie trafiła, ja czuję niedosyt i proszę mi nie tłumaczyć, że to nie "Sounds of the...". Tyle to ja wiem i nie tego oczekiwałem od "Seventh Trip" :-)
Nie przeszło zespołowi zamiłowanie do efekciar... ekhm!... efektów specjalnych. Już przy "Ten Pieces..." zgrzytałem zębami, kiedy jakiś klimatyczny utwór rozpadał się na kawałki, bo nagle koniecznie trzeba było sobie "poplumkać" elektroniką, coś odegrać łopatologicznie albo wetknąć w utwór jakąś inną twórczość radosną. W przypadku "Seventh Trip" warczałem wielokrotnie i to już od "Awakening" - kiedy w dźwięki altówki wkręcił się głos (jak mówił Stanisław Anioł: "Ja nie będę wymieniał nazwiska!" :-)) wyśpiewujący swoje "dą-ding-dą". A kiedy jeszcze z tła zaczęły dobiegać okrzyki, śmiechy (jakże naturalne :-)) i inne takie... ratowałem się przypominaniem sobie, kiedy ostatni raz słyszałem podobne rozwiązania estetyczne. Wyszło mi, że na pierwszej płycie Obywatela GC, a że Grzegorza Ciechowskiego zawsze lubiłem, to daruję Kroke tę staropolszczyznę muzyczną :-)
A propos rzeczy zamierzchłych - czy tylko mnie drugi motyw z "Tommorow for a While" kojarzy się z pamiętnym "Henrym" zespołu Firebirds? Muzycznych odniesień do lat, kiedy byłem piękny i młody znalazłem sporo na tej płycie (m.in. solo altówkowo-gitarowe w "River of Shadows" rodem z połowy lat 80. i perkusja jak w piosenkach Felicjana Andrzejczaka ;-)) i zaczynam się zastanawiać, czy muzycy Kroke jeszcze to kontrolują, czy może brzmienia z czasów studenckich same im się wsączają do gry. Tak czy owak - w takiej ilości dziwnie się tego słucha.
Niestety, zagęszczanie (psucie, moim zdaniem) tła przez stosowanie dziwnych efektów obecne jest na całej płycie - w "Papillon" pojawiają się dziwaczne odgłosy perkusyjne (śmietana przeciw Jamesonowi, że to któryś z muzyków bawi się własnoustnie?) i bardzo nastrojowy utwór zamienia się w... w o wiele mniej nastrojowy. W najlepszym przypadku mamy tylko zbyt wiele wzajemnie nachodzących na siebie dźwięków, co mnie osobiście przeszkadza w słuchaniu (jak w przypadku "River of Shadows", kiedy elektroniczne plumkanie perkusyjne wtrynia się między akordeon i altówkę). Nie, żebym był jakimś strasznym minimalistą - pamiętam po prostu jak Kroke budowało klimaty na pierwszych płytach, bez tej całej studyjno-elektronicznej otoczki. Dało się? No :-)
Brakowało mi akordeonu. Tak, wiem - jest, gra, słychać go. Ale tak, jak kontrabas na "Ten Pieces...", tak na "Seventh Trip" akordeon jest przytłaczany przez pozostałe dźwięki. Żeby wyłowić z nich partie akordeonu - trzeba się nieźle naszukać. A już choćby "Papillon" pokazuje, jak bardzo ta płyta mogła być inna muzycznie, jak można było - nie tracąc wcale rytmiczności czy przebojowości - wykorzystać umiejętności Jerzego Bawoła i możliwości jego instrumentu.
Oj, dobra... przestaję się już czepiać, bo jeszcze ktoś nabierze ochoty, żeby mi "ręcznie" wytłumaczyć, że nie mam racji, a w raporcie z obdukcji napiszą coś o "śladach wskazujacytch na pobicie smyczkiem" :-)
Podobnie jak w przypadku "Ten Pieces..." mogę powiedzieć głośno i wyraźnie: "To nie jest zła płyta". Jeśli się czepiam, to dlatego, że widzę w muzyce z siódmego albumu Kroke wielki potencjał i żal mi, że - moim prywatnym i bardzo subiektywnym zdaniem - ten potencjał rozszedł się w szwach. A co można było zrobić z owym potencjałem, mogli się przekonać widzowie i słuchacze ostatnich koncertów Kroke. Rok koncertowania z "Seventh Trip" pokazał jak fantastycznie na żywo brzmi drugi motyw z "Eddiego", rozrastający się w mantrycznym zapętleniu do rozmiarów samodzielnego utworu (a pierwszy motyw stanowi wspaniały koncertowy "napędzacz" publiczności), jak niesamowicie brzmi "Journey", a jeszcze gdy gdy w końcówce zespół nie łamie tempa i nastroju płytowo-słodką wokalizą Tomasza Kukurby, ale zaczyna grać jeszcze mocniej, jeszcze głośniej, gdy energia płynąca z finału wciska widzów w fotele... To na koncertach można się przekonać, iż "Awakening" i "Seventh Trip" pozbawione elektronicznych plumknięć i uchachanych dośpiewek brzmią o wiele lepiej, mocniej i ciekawiej (zwarta konsekwencja jest czasem ciekawsza od bogactwa różnorodności... bogowie, a skąd mi się wzięło takie nadęte zdanie? :-)).
To niezła płyta. Moim zdaniem słabsza niż "Ten Pieces...", ale i tak dobra. Doceniam ją, potrafię palcem pokazać, co mi się podoba... a jednak jej nie lubię. Wciąż tylko zadaję sobie pytanie - czy ze względu na rzeczywiste (choć subiektywne) minusy/braki/wpadki/Masaj czy może przez samo-rozczarowanie, przez konfrontację muzyki z czteroletnim oczekiwaniem na nią? Cztery lata to szmat czasu, a "gdy się milczy, milczy, milczy... to apetyt rośnie wilczy" i nawet panawańkowiczowska babka śmietankowa nie wystarczy, żeby go zaspokoić.
"Seventh Trip" to płyta, po której zostaje bardzo dużo pytań. Słychać na niej, że Kroke wciąż tkwi na muzycznym rozdrożu. Najciekawsze zaś - co dalej? Czy Kroke spokojnie usiądzie do nagrywania i dopracuje następną płytę, czy też dostaniemy kolejny zestaw utworów "obrazujących skomplikowane artystycznie drogi muzyków na przestrzeni wieków, a dokładniej dwunastu miesięcy" :-) W którą stronę pójdzie brzmienie altówki Tomasza Kukurby - w jazzrockowe brzmienie przełomu lat 80. i 90. ("River of Shadows") czy może we wschodnie klimaty z solo w "Seventh Trip"? Czy po kontrabasie kolejnym instrumentem, który przegra ze studyjnym natłokiem dźwięków plumkających będzie akordeon, czy może jednak Kroke wróci do aranżacyjnych korzeni i będzie budować nastroje bardziej surowe (co nie znaczy słabsze)? Czy Fernando pokocha Rebekę i czy Hermenegilda odnajdzie utraconego w dzieciństwie wuja? Kto za tym stoi i komu to służy? O co chodzi? Odpowiedzi na wszystkie pytania - na kolejnej płycie. Stay tuned. Wracamy po reklamach :-).
AJK
