Opowieści o Kroke :: Album "The Sounds of the Vanishing World"

[...] Może z dźwiękami jest jak ze słowami i najpiękniejsze są te najprostsze [...]

Czasami zdarzają się takie płyty...

Czasami zdarzają się takie płyty... Można ich słuchać w kółko, bardzo niechętnie wyjmuje się je z odtwarzacza, a pierwsza opinia, jaka przychodzi do głowy po wysłuchaniu sprowadza się do zdania: "Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku, wszystko jest idealnie na swoim miejscu, tak jak powinno być". W dodatku bardzo trudno jest pisać o tych płytach, bo w zestawieniu z opisywaną muzyką wszystko wydaje się płaskie, sztuczne i bardzo "aptekarskie". Jak zresztą przełożyć na literki coś, czego tak naprawdę nie da się zdefiniować, takie muzyczne "coś", porównywalne jedynie z "czymś", co posiadają piękne, urzekające kobiety... No, dobrze, podobno niektórzy mężczyźni też :-)
W mojej płytotece jest kilka takich albumów. Trafiły do mnie, zostały i muzyka z nich powraca bardzo, bardzo często. Wśród moich prywatnych płyt "non plus ultra" znajdują się... w tym miejscu osoby o słabych nerwach i ustalonych gustach muzycznych proszone są o zamknięcie oczu... "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Koncert koloński" Keitha Jarretta, "Misplaced Childhood" Marillion, "czarny album" Metalliki, "Outside the Gate" Killing Joke czy "Spiritchaser" Dead Can Dance... I proszę nie pytać, czemu te, a nie inne. Nie wiem. To te płyty, a nie ja :-)
W 1999 roku dołączyła do tej grupy płyta "Sounds of the Vanishing World".
Jeżeli w przypadku trzech poprzednich albumów Kroke mieliśmy problem z określeniem stylu zespołu, jeśli nie wiedzieliśmy jak nazwać tę muzykę... to "Sounds of the Vanishing World" w rozwiązaniu tego problemu wcale nam nie pomoże. Kroke coraz bardziej odchodzi od tradycyjnych brzmień klezmerskich, coraz trudniej znajdować porównania, które mogłyby pomóc opisać muzykę tworzoną przez krakowskie trio. Moim (oczywiście, skromnym :-)) zdaniem płyta "Sounds of the Vanishing World" jest momentem, w którym określenie "muzyka Kroke" staje się wartością samodzielną, momentem od którego to właśnie styl Kroke może stać się wzorcem, punktem odniesienia dla opisywania muzyki innych wykonawców, momentem, od którego można mówić "Iks Band?... oni grają trochę jak Kroke, tylko bardziej rockowo. Igrek Brothers?... to klimaty Kroke, ale elektroniczne". Jakiś wpływ na to ma zapewne fakt, że album złożony jest w większość z autorskich kompozycji członków zespołu (autorem aż trzech utwórów jest Jerzy Bawoł). Ale to chyba nie tylko to... Muzyka Kroke na tej płycie nie jest "muzyką folkową", nie jest "muzyką klezmerską", nie jest nawet "muzyką świata" - to po prostu "muzyka Kroke". Tylko i aż.
"Sounds of the Vanishing World" nie jest płytą, która zrywa z dotychczasowym brzmieniem Kroke, albumem, na którym zespół gra coś zupełnie odmiennego niż na płytach z lat ubiegłych. Wręcz przeciwnie - to efekty konsekwentnej ewolucji, poszukiwań i zmian, to muzyka wyrastająca z "Trio", "Eden" i "Live at The Pit", ale wzbogacona o wyobraźnię, temperament i dojrzałość muzyków. Możemy usłyszeć brzmienia znane z poprzednich płyt ("Dance" i "Love" - utrzymane w klimatach klezmerskich), znane już utwory ("Water", zagrane już na "Live at The Pit", a tu rozbudowane do porywającej dwunastominutowej suity) charakterystyczną dla Kroke "wymienność instrumentów" ("Earth") czy niektóre motywy muzyczne, a jednak tworzą one zupełnie nową jakość.
"Sounds of the Vanishing World" to płyta prostsza w formie. Poprzednie albumy pełne były dźwięków i nut, melodie grane były gęsto - zwłaszcza w improwizacjach akordeonu i skrzypiec, wśród specyficznych dla Kroke, wirujących spiralnie partii solowych. Na tej płycie więcej jest przestrzeni, dźwięki nie gonią się nawzajem, nie tłoczą się, mogą tę przestrzeń wypełnić sobą i wybrzmieć do końca, melodie często grane są długimi dźwiękami, budującymi nastrój raczej swoją barwą niż nagromadzeniem nut. Owa prostsza forma wcale jednak nie oznacza prostszej treści - wręcz przeciwnie. Minimalistyczny wręcz pod względem muzycznym utwór "Time" pełen jest emocji, podobnie jak kontrabasowa perełka "Ouestion", czy oszczędnie, ale przejmująco zagrany utwór "Water". Może z dźwiękami jest jak ze słowami i najpiękniejsze są te najprostsze...
Słuchałem "Sounds of the Vanishing World" wielokrotnie i nadal nie wiem, który utwór zapadł mi w duszę najbardziej. Wszystko chyba zależy od nastroju, w którym słucham tej płyty. Raz takim motywem przewodnim albumu bywa "Earth", w którym skrzypce, kontrabas i akordeon grają główny motyw chyba we wszystkich możliwych kombinacjach, wymieniając się między sobą funkcjami rytmicznymi, melodią i partiami tła. Innym razem będzie to "Question" - urokliwa miniaturka w wykonaniu Tomasza Lato, jeszcze kiedy indziej "Time", utwór, który jak czas pokazał, stał się niemal wizytówką Kroke i chyba można określić go mianem "przeboju". A przecież jest jeszcze klezmerski w nastroju "Dance" z lekko złamanym, ustawionym jakby obok melodii, rytmem, jest kołysanka Jerzego Bawoła "Love", z przepiękną partią skrzypiec, ale także chyba jeszcze piękniejszym prostym brzmieniem akordeonu, jest "Air", muzycznie przypominające rozbudowane wstępy do utworów z poprzednich płyt, a będące samodzielną całością, jest rozbudowane i przejmujące "Water" (z ciekawym fragmentem, w którym rytm rozpada się na trzy oddzielne części, grane przez kontrabas i instrumenty perkusyjne)...
Są na tej płycie Kroke dwa bardzo ciekawe utwory. Odbiegają trochę stylistyką od pozostałych i zdają się sugerować kierunek, w którym zespół może podążyć w kolejnych latach. To "Fire" (autorstwa Tomasz Kukurby) i finałowy "Songs of the Vanishing World". W pierwszym utworze główny motyw, grany przez wysoko brzmiące skrzypce, bardzo typowe dla dotychczasowej muzyki Kroke, przeradza się w jazzową improwizację, barwne i głębokie tony skrzypiec, kojarzących się odrobinę (ale tylko odrobinę :-)) z brzmieniem skrzypiec Jean-Luca Ponty'ego, przechodzące od tonów wysokich do niskich nie przy pomocy charakterystycznej, pełnej dźwięków "spirali", ale raczej gwałtownie opadając, jak gdyby niesione przez swój własny pogłos. W końcowej fazie utworu pojawiają się na moment brzmienia orientalne, takie brzęczące nuty, przywodzące na myśl muzykę arabskiego Wschodu... by zaraz ustąpić wokalizom Tomasz Kukurby i Dariusza Greli, wokalizom prostym, ale klimatycznym, kojarzącym się odrobinę z muzyką filmową. Podobne wrażenie - wrażenie arabskiego Wschodu, filmowej opowieści, wzbogaconej o klimatyczne zaśpiewy - można odnieść, słuchając utworu tytułowego. To muzyka wywołująca obrazy, muzyczna opowieść o karawanie podążąjacej przez rozgrzaną pustynię. Główną partię gra na flecie Tomasz Kukurba, kontrabas Tomasza Lato i instrumenty perkusyjne wybijają leniwy upalny rytm, Jerzy Bawoł długimi dźwiękami akordeonu (tak dobrze znanymi z poprzednich płyt) jakby naśladował - jeśli to w ogóle możliwe - palące pustynne słońce. I wplecione w to wszystko skrzypce, głosy, dalekie zaśpiewy, a może tylko wycie jakiegoś pustynnego zwierzęcia... A na koniec - wyciszenie, jakby karawana mijała słuchacza i odjeżdżała gdzieś za horyzont...
Słuchając tych dwóch utworów można odnieść wrażenie, że to zapowiedź dalszej drogi zespołu, że to sygnał, w którym kierunku pójdą poszukiwania muzyczne Kroke. Można więc spodziewać, że więcej będzie brzmień orientalnych, arabskich niż czysto klezmerskich, że więcej może będzie elektryczności, że coraz bardziej wykorzystywane będą instrumenty perkusyjne, że muzyka Kroke bardziej korzystać będzie z jazzu...
Te krótkie analizy wbiłyby mnie może w dumę, bo mniej więcej tak właśnie zaczęło się w muzyce Kroke dziać... ale przecież i ja wiem, i czytelnicy (halo! jest tu kto? :-)) wiedzą, że ten tekst nie był proroczy, a raczej pisany był "wstecz", ze znajomością kolejnych płyt Kroke. Nie były to więc żadne "głębokie przemyślenia i wnioski", co raczej szukanie, gdzie zaczęło się to, co na płytach Kroke słychać obecnie. I to dlatego taki jestem przenikliwy :-)
Płytę trzeba mieć, trzeba jej słuchać. Także po to, by wiedzieć, skąd wziął się sygnał strony www.kroke.home.pl
Czasem zdarzają się takie płyty...

AJK

TOP ↑