I can't take it easy
Płyta "Ten Pieces To Save The World" powstawała bardzo długo. Po wydaniu "Sounds Of The Vanishing World" zespół otrzymał wiele propozycji koncertów, ciągle był w rozjazdach... Pierwsze nagrania miały miejsce latem 2001 roku, a kolejne - latem i późną jesienią 2002 roku. W takich warunkach pewnie trudno spokojnie pracować nad płytą. I teraz mam problem, czy napisać, że zespół nagrał "Ten Pieces..." mimo takich warunków, czy że płyta wygląda tak a nie inaczej właśnie z powodu owych warunków i czasu nagrywania. Nie wiem, bo w odniesieniu do "Ten Pieces To Save The World" mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony nie tylko lubię, ale wręcz wysoko cenię ten album, zwłaszcza od strony muzycznej (melodycznej bardziej), a z drugiej strony ta płyta irytuje mnie i to bardzo. Z jednej strony uznaję "Ten Pieces..." za kontynuację klimatów z poprzedniej płyty (kontynuację, a nie powielanie, rozwinięcie, a nie kalkę!), a z drugiej strony w jakimś stopniu jest dla mnie jednak krokiem wstecz. Znalazłem na płycie kilka naprawdę pięknych utworów, ale bardzo chciałbym, żeby muzycy nagrali ten album jeszcze raz, tylko inaczej...
A teraz, szanowni Czytelnicy, zróbcie sobie kawę i kanapki, usiądźcie wygodnie i zapnijcie pasy, bo będzie bardzo długo, bardzo niekonsekwentnie i bardzo subiektywnie. Z naciskiem na "bardzo" :-)
"Ten Pieces To Save The World" to podobnie jak poprzedni album płyta autorska. Wszystkie kompozycje są autorstwa członków zespołu. I od razu pierwsza refleksja - Tomasz Kukurba "wyrasta" na specjalistę w komponowaniu utworów wręcz przebojowych. Gdyby nie genialny "Time" - z poprzedniej płyty chyba najbardziej zapamiętano by (no, dobrze - ja zapamiętałem) jego utwór "Fire", a na "Ten Pieces..." mamy dwa utwory, które śmiało mogłyby pojawiać się na listach przebojów, gdyby polskie stacje radiowe grały taką muzykę. Mówię o "Sun" i "Usual Happiness". Pierwszy, rozpoczynający się mocnym basowym rytmem i przechodzący w melodyjny, wpadający w ucho motyw, grany jest mocnym, głębokim dźwiękiem altówki, lekko ślizgającym się jakby przy końcu taktu. To ton bardzo podobny do tego, którym Tomasz Kukurba budował niesamowity klimat w "Water" na poprzednim albumie. Tym razem jednak gra w zupełnie innym nastroju: skoczna melodia natychmiast przywołuje skojarzenie z bałkańskimi tańcami ludowymi (jakże nazywa się taki taniec, tańczony grupowo w kole, z charakterystyczną "przekładanką", czasem ze zmianami kierunku?... ot, skleroza :-)), rozwija się coraz żwawiej, wzbogacona dodatkowo skocznymi dźwiękami fletu i perkusji. Środkowa część utworu to typowe dla Tomasza Kukurby solo, pełne smyczkowych spiralnych zaśpiewów, zmian tempa, zaś finał, to powrót głównego bałkańskiego motywu, granego jednak o wiele szybciej, z energetycznie dudniącym kontrabasem i biegającym wokół melodii akordeonem. Trzy części "Sun" łączą, wpisując się świetnie w klimat utworu, dźwięki gitary gościnnie występującego na płycie Jacka Królika.
"Usual Happiness" to z kolei kompozycja, która w swoim głównym motywie kojarzy mi się bardzo mocno z jakimś wiejskim letnim krajobrazem, z letnią wizją dworku z dwudziestolecia międzywojennego, z popołudniową sielanką wśród dzieci i truskawek ze śmietaną. Zwłaszcza w drugiej części, gdzie zwielokrotnione przez realizatora Dariusza Grelę dźwięki skrzypiec, wparte kontrabasem Tomasza Lato, dają wrażenie orkiestry, grającej jakby ilustrację do scen z filmu Jana Jakuba Kolskiego czy Tadeusza Konwickiego.
Oba te utwory - a na razie pisałem tylko o tych, które skomponował Tomasz Kukurba - pokazują różnice między muzyką z "Sounds Of The Vanishing World" a "Ten Pieces...". Na nowej płycie Kroke zrezygnowało z kameralności, z minimalistycznych sposobów malowania nastrojów, idąc w stronę melodyjności i urozmaicania brzmienia. Poza tradycyjnym instrumentarium Kroke: akordeon, kontrabas i altówka/skrzypce, na płycie możemy usłyszeć gitarę, flet, fortepian, perkusję (w różnych odmianach - niekiedy w roli perkusji występuje Tomasz Kukurba ;-)) i całą gamą różnych dziwnych dźwięków, których pochodzenie jest tajemnicą realizatora. Pomysł sam sobie bardzo dobry - kontynuacja drogi muzycznej z poprzedniej płyty nie jest, dzięki tym zmianom, powieleniem, ale kontynuacją właśnie, jest czymś twórczym, czymś nowym. Inna sprawa, czy owe zmiany brzmienia wyszły płycie "Ten Pieces..." na dobre... Ale do tego pytania jeszcze wrócę.
"Ten Pieces To Save The World" to chyba najbardziej dojrzała melodycznie płyta Kroke. Na poprzednich albumach często melodie gubiły się między klimatycznymi fragmentami, budowanymi na długich dźwiękach a zapętlonymi partiami solowymi. Tymczasem na "Ten Pieces..." to właśnie melodie stanowią główny atut, to one zostają w pamięci, powracają niespodziewanym nuceniem czy gwizdaniem, czasem skojarzeniem z jakimś wydarzeniem czy obrazem. Pisałem o "Sun", czy "Usual Happiness" - ale przecież nastrojowe "Mountains"[1] (proste jednak jest piękne - kontrabas gra dwa dźwięki na krzyż, ale gdyby go nie było, utwór straciłby sporo klimatu), "Take it easy" czy najbardziej znany utwór z tego albumu "Light in the Darkness" wcale nie ustępują im melodyjnością/przebojowością. A są jeszcze główne motywy utworów "Desert" i "Cave". Pierwszy grany przez Tomasza Kukurbę (zwłaszcza w początkach trzeciej minuty), a drugi przez Jerzego Bawoła - właściwie niewiele, parę dźwięków, parę taktów, nawet bez większego rozwinięcia w trakcie utworu, a jednak wyraźne, wywołujące natychmiastową reakcję słuchacza i zapadające w pamięć.
Opisywane utwory muzycy Kroke napisali wspólnie, są jednak na płycie - poza, oczywiście, utworami autorstwa Tomasz Kukurby - utwory napisane przez Tomasza Lato i Jerzego Bawoła. "Dream" Tomasza Lato to kolejna śliczna melodia, z jednej strony kojarząca się odrobinę (ale tylko odrobinę :-)) z filmem "Amelia", z drugiej z klimatami dwudziestolecia wojennego (podobnie, jak w przypadku "Usual Happiness" - nie poradzę: tak mi się kojarzy i już). Tu główny motyw muzyczny, wprowadzający nas w krainę sennych marzeń, zostaje w pewnym momencie świetnie złamany akordeonowymi akordami i skrzypcowym piskiem sennego koszmaru, by potem znowu płynąć melodią... aż do porannego przebudzenia.
"Childhood" Jerzego Bawoła to dla mnie najbardziej krakowski utwór w repertuarze Kroke. I nie chodzi tu o jakiekolwiek sugerowanie się nazwą zespołu, tytułem utworu, o to, że zafiksowany słowem "dzieciństwo" szukam w utworze jakichś śladów tegoż dzieciństwa (swojego własnego albo muzyków) i tak długo szukam, aż się doszukuję. Nic z tych rzeczy. Takie skojarzenia miałem od pierwszego przesłuchania tej płyty, kiedy jeszcze nawet nie znałem tytułu utworu. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale wszystko w "Childhood" kojarzy mi się z Krakowem - melodia, jej prowadzenie, zatrzymywanie, aranżacja, tony instrumentów, sposób grania... Jakby w tych trzech i pół minutach zebrały się nuty i wspomnienia związane z krakowskim Rynkiem, muzyką Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza, dobranockami (zwłaszcza o porwaniu Baltazara Gąbki :-)), świętami u dziadków, jazzowymi piwnicami i śpiewem Andrzeja Zauchy... Nie wiem, może to genius loci, może jakieś pokoleniowe fluidy, a może po prostu moje skojarzenia żyją sobie własnym życiem i nie należy szukać w nich ani logiki, ani większego sensu :-)
Atutem Kroke była zawsze umiejętność budowania nastroju, malowanie dźwiękiem klimatów - i pod tym względem "Ten Pieces..." nie stanowi wyjątku. Utwór "Desert", zagrany tak bardzo charakterystycznie dla Kroke, na długich partiach tła, z przepięknym skrzypcowym motywem, stanowi tego najlepszy przykład. Stanowi równocześnie łącznik z płytą poprzednią, bo równie dobrze mógł znaleźć się na "Sounds Of The Vanishing World". Może szkoda, że na "Ten Pieces..." takich momentów jest mniej, że tym razem więcej jest melodii, grania żywego, szybszego... ale nie bądźmy inżynierami Mamoniami, któremu przez reminiscencję i umysł ścisły podobały się wyłącznie piosenki już raz słyszane. Dobrze, że Kroke nagrało płytę inną, że nie poszło na łatwiznę, odcinając jedynie kupony od sukcesu "Sounds Of The Vanishing World".
Tyle wychwalania - teraz zacznę się czepiać. Równie długo i równie subiektywnie. Uprzedzałem, że kawa i kanapki będą potrzebne?
Osobiście żałuję, że na "Ten Pieces to Save the World" prawie nic już nie zostało z charakterystycznej dla Kroke wymienności ról instrumentów, z grania, w którym solowe partie kontrabasu wspomagane są skrzypcowym tłem i rytmicznym pochodem akordeonu, by za chwilę zmienić się w solówkę akordeonu, opartą na tle granym przez kontrabas oraz rytmie tworzonym przez altówkę.
Tego nie ma - na tak wzbogaconej instrumentalnie i brzmieniowo płycie ciężko byłoby to zresztą osiągnąć - i chyba szkoda. Jeszcze Jerzy Bawoł znajduje sobie miejsce w muzycznej przestrzeni, wykorzystuje akordeon na różne sposoby, ale Tomasz Lato gra już niemal wyłącznie partie rytmiczne, czasem tylko i na bardzo krótko, wybijając się paroma dźwiękami na wyraźniejszy plan. Pewnie to zgodne z zamysłem muzyków, pewnie tak właśnie ma być, ale mnie brakuje trochę starego sposobu gry. To była cecha charakterystyczna Kroke, stanowiąca wartość samą w sobie - szkoda, że zespół z tego zrezygnował, ewoluując w kierunku tradycyjnego podziału ról.
Trochę zmieniło się także brzmienie altówki Tomasza Kukurby. Na "Ten Pieces..." jest zdecydowanie bardziej elektryczno-jazzowe, coraz rzadziej muzyk wykorzystuje czyste akustyczne tony instrumentu. Może dlatego, kiedy już zagra klasycznie, akustycznie - jak we wspomnianym utworze "Desert" - zauważa się to natychmiast (wygląda to zresztą na celowy zabieg). Sam ton instrumentu - kiedyś bardziej zaczepny, bardziej dynamiczny - na "Ten Pieces.." wielokrotnie wpadał w klimaty polskiego jazzu lat osiemdziesiątych; zresztą charakter niektórych partii solowych też utrzymany był w tych okolicach. Co kto lubi... ja akurat nie bardzo, więc zdecydowanie lepiej słuchało mi się tych fragmentów, w których Tomasz Kukurba grał bardziej tradycyjnie lub kiedy - jak w przypadku "Sun" choćby - trzymał się bliżej melodii i nie uciekał w nadmierne improwizacje, które w innych utworach często - między innymi z powodu brzmienia instrumentu właśnie - wydawały mi się jakieś takie... nie chcę powiedzieć "przestarzałe", więc powiem "bardzo znajome".
Wspominałem o mieszanych uczuciach, jakie żywię do "Ten Pieces..." i o wątpliwościach co do aranżacji utworów na płycie. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie jestem przeciwnikiem zmian, nie domagam się, by zespół zawsze grał tak samo i to samo. Muzyka musi się zmieniać, także w warstwie instrumentacyjnej czy aranżacyjnej. Ale nie każda zmiana jest zmianą na dobre i w przypadku płyty "Ten Pieces to save the world" trafiło się zespołowi wiele takich niedobrych, niepasujących zmian.
Że poszerzenie instrumentarium miało sens - pokazują choćby utwory "Sun" czy "Childhood". W pierwszym znakomicie zabrzmiała gitara Jacka Królika, a ostre tony fletu dodawały dynamiki solówce Tomasza Kukurby, w drugim (a także w "Dream") - dyskretne użycie instrumentów perkusyjnych, tworzyło specyficzny nastrój. Bardzo ciekawie brzmiał "podrasowany" studyjne akordeon i może to jest pomysł, który warto by rozwijać, zamiast podążać trochę już wydeptanymi ścieżkami wzbogacanych elektronicznie skrzypiec. Choć owe skrzypce ujmująco brzmią - zwłaszcza w utworze "Usual Happiness" - zwielokrotnione przez realizatora, dające wrażenie kameralnej orkiestry.
Czasem jednak odnoszę wrażenie, że zespół i realizator przesadzili z ilością dźwięków, z ilością efektów. Słuchając "Cave" zawsze zgrzytam zębami. Oto piękny utwór ilustracyjny zbudowany na dwóch urokliwych motywach muzycznych, który aż się prosi o kameralne spokojne, nagranie, na płycie został nafaszerowany dźwiękami: nie dość, że każdy z instrumentów gra co chwilę inaczej, zmieniając dość mocno ton, a nawet sposób gry, to jeszcze między nie wciśnięto fortepian, instrumenty perkusyjne (i te blaszane, i te, które własnoustnie tworzy Tomasz Kukurba), flet i efekty w postaci a to "plumknięcia" kropli wody, a to w końcowej partii - popiskiwania aparatu Morse'a czy jakiegoś nadajnika radiowego. Przeładowanie utworu efektami, wzajemne zagłuszanie się instrumentów powoduje, że zamiast muzycznej wizji chłodnej jaskini pełnej cieni i tajemniczości, dostaję raczej obraz Groty Łokietka w pełni sezonu turystycznego. Dosłowność środków i efektów szkodzi muzyce - i "Cave" stanowi tego najlepszy przykład. O wiele lepsza jest wersja tego utworu z płyty "Quartet. Live at home". Te same instrumenty przecież - a jednak rezygnacja z paru dodatkowych "efektów" i różnicę w nastroju w klimacie wyczuwa się natychmiast.
Podobne przeładowanie odnajduję w "Light in the Darkness", gdzie w pewnym momencie poza muzyką zespołu i wokalizą Tomasza Kukurby pojawiają się odgłosy perkusji. Początkowo werble (czy co tam w tle dudni sobie nierytmicznie) wręcz pomagają utworowi, dopełniając nastrój. Po chwili jednak owo bębnienie zaczyna gęstnieć, narastać i zagłuszać pozostałe instrumenty. A już to, co dzieje się pod koniec piątej i przez całą szóstą minutę, kiedy Sławomir Berny gra wyłącznie proste raz-raz-raz... Naprawdę to było niezbędne? Bo moim nieskromnym zdaniem owo "raz-raz-raz", taka niepotrzebna dosłowność (tym razem rytmiczna) kompletnie rozkłada nastrój utworu.
Skoro już piszę o zastrzeżeniach wobec aranżacji, a wspomniałem o wokalizach... Jest na tej płycie utwór, którego nagrania w taki właśnie sposób nie mogę darować zespołowi i obiecuję straszyć muzyków po nocach, jeśli nie nagrają go kiedyś jeszcze raz, ale inaczej. Chodzi mi o "Take it easy" - utwór, w którym urocza melodia, grana i gwizdana z lekkością, została kompletnie zepsuta nie tylko natłokiem dźwięków (a to jakiś stukot, a to pstrykanie, a to perkusyjny "syntezator gębowy"[2], a to jakieś powtarzające się namolnie "ptiąąąąąąg"), ale także wokalizą. Do dziś nie wiem, czy to miał być żart muzyczny (tytuł to właśnie sugerował), czy też śpiewane to było na poważnie, ale zupełnie to do mnie nie trafiło, a wręcz te 50 sekund śpiewu bardzo skutecznie obrzydziło mi utwór (był czas, że i całą płytę). Jeśli więc miał to być żart - to mnie zupełnie nie rozbawił, a jeśli fragment poważny - to wcale nie przekonał. Ładna melodia, ciekawy pomysł, żeby ją zagwizdać i wszystko w jednym momencie pęka od... nie wiem... nadmiaru efektów. A może nadmiaru efekciarstwa. W każdym razie szkoda. Tym większa, że na tej płycie śpiew Tomasza Kukurby jest niezmiernie ważny, potrafi tworzyć i współtworzyć klimat, potrafi być odrębnym instrumentem. I kiedy porówna się ten śpiew z "Take it easy" z takim, jaki słyszymy w "Childhood" czy "Light in the Darkness"... Zgrzyta to porównanie? Mnie bardzo. A jeszcze nie wspomniałem o "Hope".
A właśnie - "Hope". Coś z zupełnie innej baśni. Bodaj najpiękniejszy utwór na "Ten Pieces..." utwór, który mógłby się spokojnie znaleźć na "Sounds Of The Vanishing World" czy najpiękniejszych płytach Dead Can Dance, utwór, który pokazuje, że naprawdę nie trzeba się silić na efekty, upychać w melodii stu pięćdziesięciu trzech instrumentów i ozdabiać jej aranżacyjnymi błyskotkami...
"Nobody's perfect, but some parts of me are excellent" - taki napis widziałem kiedyś na koszulce. I chyba pasuje do płyty "Ten Pieces To Save The World". Zdecydowaną większość płyty można bowiem spokojnie określić jako "excellent", a ogólne wrażenie psują tylko... no, powiedzmy, że drobiazgi. Niestety bardzo dokuczliwe drobiazgi. "Ten Pieces..." jest płytą bardzo nierówną, nierówną głównie aranżacyjnie. Ale myślę, że największy wpływ na tę nierówność miały warunki, w jakich powstawała płyta, półtora roku nagrań, brak możliwości skupienia się nad całością w sytuacji, w której czas płynął, trwały trasy koncertowe po Europie, zmieniały się fascynacje muzyczne, obszary poszukiwań... Półtora roku to naprawdę długo. Poza tymi nierównościami "Ten Pieces..." jest płytą naprawdę wartościową, zwłaszcza pod względem melodii, zbiorem prawdziwych przebojów (tylko kto je zagra? Chyba tylko Radio Kraków, bo na jego liście przebojów gościło "Usual Happiness") i jednak krokiem naprzód. Zespół pokazał, że szuka, że nie zamyka się w dotychczasowym dorobku, że poza nastrojowymi kompozycjami, potrafi stworzyć prawdziwy przebój, etc. A że - moim zdaniem, oczywiście - trochę pobłądził w poszukiwaniach... Cóż, "humare erratum est", jak mawiała Młoda Lekarka :-)
A nie mówiłem, że będzie długo, niekonsekwentnie i subiektywnie? Uprzedzałem. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Czytelnicy oraz zespół nie postanowili się na mnie odegrać. I nawet wiem, czego boję się najbardziej. Pamiętacie "Rio Bravo" i scenę, w której rewolwerowi bedgaje dręczyli dobrego szeryfa i jego przyjaciół graną w kółko "Deguello" - "Pieśnią o podrzynaniu gardeł"? No to mniej więcej czegoś takiego się boję: że zamiast "Deguello" ewentualni dręczyciele śpiewaliby pewnie partię wokalną z "Take it easy" :-)
No, wredny jestem, wiem.
[1] jeśli ktoś lubi takie klimaty - polecam płytę zespołu Czechomor "Promeny"
[2] zagadka dla Czytelników - skąd pożyczyłem to określenie?
AJK