Kroke na 17. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie
Koncert zespołu Kroke otwierał muzyczną część XVII Festiwalu Kultury Żydowskiej i śmiało można powiedzieć, że było to otwarcie godne całej imprezy.
Na szczęście bilety na koncert nabyłem przez internet, kiedy tylko pojawiły się w sprzedaży, bo kiedy 12 czerwca odbierałem je, urocza pani z biura organizacyjnego poinformowała mnie, że rozeszły się jak świeże bułki i "może jeszcze parę z rezerwacji będzie dostępnych przed koncertem". Chętnych na owe parę sztuk było mnóstwo - w sobotni wieczór na dziedzińcu synagogi Kupa kolejka chcących nabyć bilety była równa tej przy wejściu, w której stali zapobiegliwi ich posiadacze. Sala synagogi wypełniona była słuchaczami, a mimo to sporo osób odeszło z kwitkiem. Kiedyś synagoga Kupa nazywana była "synagogą ubogich", tym razem ubożsi - o wrażenia - byli ci, którzy do niej nie weszli.
Koncert miał rozpocząć się o godzinie 22.00, na przeszkodzie stanęła jednak technika, a dokładniej - uwaga, popiszę się nomenklaturą techniczną - takie małe coś, które robiło "PYK!", kiedy tylko obsługa techniczna włączała oświetlenie. "PYK!" było głośne i za każdym razem towarzyszyło mu zapadnięcie ciemności. Przez chwilę w synagodze zapanował niepokój, czy koncert się odbędzie, ale obsługa techniczna zwijała się jak w ukropie, Janusz Makuch uspokajał...

Janusz Makuch
Dość szybko więc niepokój przerodził się w pełne uśmiechu nagradzanie każdego "PYK!" oklaskami i zachęty, aby koncert odbył się bez prądu. Kto wie - może tak właśnie stałoby się, gdyby Tomasz Lato przywiózł ze sobą stary, akustyczny kontrabas. Ponieważ jednak tym razem grał na kontrabasie elektrycznym - musieliśmy czekać, aż ekipa techniczna poskromi chochlika mieszkającego w starej instalacji synagogi Kupa. Po kilkunastu minutach ekipa techniczna uporała się z problemami, odnalazła źródło spięć i sprawne gniazdko, podłączenie oświetlenia i instrumentów nie wywołało "PYKnięcia", na scenie ponownie pojawił się Janusz Makuch i koncert, a także Festiwal w swej muzycznej odsłonie, mógł się rozpocząć.
Podstawą koncertu był materiał z najnowszej płyty Kroke "Seventh trip", ale pomiędzy utworami z tego albumu znalazły się także kompozycje z wcześniejszych płyt zespołu. W małej, kameralnej sali Kroke brzmiało zdecydowanie ostrzej niż na płycie. Mimo że Tomasz Kukurba zagrał tym razem bez swojej gitarowej przystawki, jego altówka wypełniała przestrzeń dźwiękami, często wybiegającymi w jazzrockowe klimaty, czasem wręcz agresywnymi. Jerzy Bawoł - przeciwnie: grał raczej delikatnie i malowniczo. Tomasz Lato ograniczał się głównie do partii rytmicznych, granych z utworu na utwór coraz bardziej różnorodnie, ale jednak pozostawiających pewien niedosyt. Ale Kroke zaczynało przecież od grania wymiennego, od komplementarności ról poszczególnych instrumentów - także na tym koncercie każdy z muzyków miał chwile, w których grał partie pierwszoplanowe, choć trzeba przyznać, że tym razem instrumentem pierwszoplanowym była altówka Tomasza Kukurby.
Całość uzupełniał Tomasz Grochot, tworząc rytmiczny fundament dla gry Kroke. Ale... No właśnie "ale". O ile na płycie gra Tomasza znakomicie wpasowała się w muzykę Kroke, o ile na koncercie "Nowej Tradycji" brzmiał świetnie, a na koncercie finałowym FKŻ nieźle (jak na warunki - o czym w innym miejscu), to w synagodze Kupa moim zdaniem perkusji było o wiele, o wiele za dużo.

Tomasz Grochot
Kameralna sala synagogi była po prostu za mała dla tej ilości dźwięków i mimo wysiłków nagłośnieniowców perkusja momentami przytłaczała nie tylko słuchaczy, ale przede wszystkim sam zespół. Tomasz Kukurba miał jeszcze szanse przebić się do słuchaczy wysokimi, quasi jazzowymi tonami swego instrumentu, czy charakterystycznymi wokalizami, ale Jerzy Bawoł był chwilami - zwłaszcza w typowych dla siebie długich partiach tła - kompletnie niesłyszalny. Szkoda, że Tomek Grochot zdecydował się na pełny zestaw perkusyjny, uzupełniony dodatkowo o solidną baterię "przeszkadzajek" i dziwne elektroniczne urządzenie (choć ono akurat grało dyskretnie). Chyba ograniczenie się do ręczno-kameralnej mieszanki djembe i/lub conga czy tabla (a co, zna się te nazwy :-)), jakiegoś elementu brzęczącego itd. wcale nie zaszkodziłoby koncertowi, a nawet - ze względu na specyfikę miejsca i jego akustyki - nawet by pomogło. Słucham?... W którym rzędzie siedziałem? No, w pierwszym i co z tego? :-)
Paradoksalnie, dzięki awarii zasilania, która o mało nie przeszkodziła Kroke w zagraniu koncertu, występ zyskał dodatkowy atut. Ekipa techniczna nie mogła podłączyć wszystkich świateł i z konieczności ograniczono się do kilku małych pomarańczowych reflektorów oświetlających scenę od przodu. Dało to fantastyczny efekt w postaci pięknych ruchomych cieni na ścianach synagogi.

Tomasz Lato
Muszę przyznać, że czasem cienie tańczące w załomach wnęki aron ha-kodesz bardziej przykuwały moją uwagę niż sam zespół :-)
Nadprogramowym efektem były także grzmoty, które rozległy się po zakończeniu jednego z utworów. Na tyle były silne, że niemal zagłuszyły oklaski. To odbywające się równocześnie krakowskie Wianki przebiły się do wnętrza synagogi z odgłosami fajerwerków, jakby dołączając do żywiołowo reagującej publiczności.
W czasie dwugodzinnego koncertu usłyszeliśmy materiał z ostatniej płyty (gorąco przyjęte "Awakening" czy "Journey" oraz świetnie sprawdzający się na koncertach "Eddie") i bardziej jazzowo, elektrycznie grane kompozycje z "Ten pieces to save the world" czy nawet "Eden" (znakomicie zagrane utwory "Light in the Darknes" czy "Water"). Prześlicznie zabrzmiał zapowiedziany dwujęzycznie przez Jerzego Bawoła "Dance of the Snowflake"... Kroke jak zwykle rozpędzało się i rozkręcało z utworu na utwór, budując gorący, gęsty od dźwięków klimat, a publiczność reagowała żywiołowo, owacją na stojąco skłaniając zespół do bisów.

Tomasz Kukurba
Na finał otrzymaliśmy "Time" i "Ajde Jano", które zaczęło się chóralnym śpiewem publiczności, a zakończyło pełną radości, energetyczną sekwencją, w której Tomasz Kukurba wygrywał ogniste solo, Jerzy Bawoł budował mu równie ogniste tło, a Tomkowie Lato i Grochot wygrywali wibrujące partie rytmiczne.
Warto było tego wieczora być w synagodze Kupa, usłyszeć Kroke i zobaczyć, jak gorąco jest przyjmowane. Nie tylko dlatego, że grało w rodzinnym mieście (choć trzeba przyznać, ze Kroke nie rozpieszcza krakowian zbyt częstymi koncertami) - na widowni siedzieli ludzie z różnych miast i krajów. To był po prostu bardzo dobry koncert, to była bardzo piękna muzyka, to było bardzo dobre otwarcie muzycznej części festiwalu. Kto nie był - niech żałuje (i niech, oczywiście, pociesza się tym opisem :-))
Jak może niektórzy z Was zauważyli, wśród zdjęć ilustrujących opis koncertu brakuje zdjęć Jerzego Bawoła. To nie dlatego, że go nie lubimy - wprost przeciwnie :-) Po prostu mała sala synagogi Kupa uniemożliwia swobodne poruszanie się z aparatem w czasie koncertu, a zresztą przeszkadzanie innym w odbiorze muzyki byłoby nie w porządku. Poza tym kolejny raz okazało się, że Jerzy Bawoł do perfekcji opanował sztukę uciekania w czasie gry przed obiektywem Magdy - tym razem schował się za pulpitem, zasłonił akordeonem i jedyne, co mogliśmy zobaczyć to mała lampka oświetlająca pulpit z nutami. Nie to nie i w takim razie, proszę bardzo - możemy pokazać ów pulpit albo akordeon :-)

Zamiast Jerzego Bawoła...
Jerzy Bawoł i Jego pulpit
AJK
fot. Magdalena Klementowicz
fotografia akordeonu Jerzego Bawoła :: AJK