Kroke na koncertach w Krakowie (2010)

Krakowska premiera "Out of Sight"

"Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć" - twierdził mistrz Alfred Hitchcock. Nie wiem, czy podobna zasada obowiązuje w czasie koncertów, ale koncert styczniowy Kroke w krakowskiej "Alchemii" zaczął się dla mnie od trzęsienia ziemi.

Bywalcy "Alchemii" doskonale znają schody, prowadzące do sali koncertowej i pamiętają, że trzeci schodek od dołu wyślizgany jest na gładko i wyrobiony w lekki półksiężyc, więc schodzimy powoli, ostrożnie i trzymając się poręczy. Zwłaszcza, kiedy jest zima i schody są mokre czyli podwójnie śliskie. No, ale jak tu trzymać się poręczy, gdy na zewnątrz minus 15, w środku plus 25 i albo natychmiast zedrę z siebie odzieżową "cebulkę", albo ugotuję się żywcem. Schodziłem więc ostrożnie, ale równocześnie zdejmowaaaaaAAAAAAAA... BUM!... bumbumbum!...
...
Pierwsze "BUM!" było odgłosem jaki wydały schody po zetknięciu się z moją kością ogonową. Względnie odwrotnie: kość ogonowa po zetknięciu się ze schodami. Cichsze "bumbumbum!" ilustrowało zeskakiwanie się odwrotnej strony mojego medalu po kolejnych schodkach. Gromkie i bolesne "O, kurrrrr...de!" świadczyło nie tylko o tym, że żyję, ale także, że jestem w stanie zapanować nad słownictwem, bo tak naprawdę chciałem powiedzieć coś zupełnie innego, ale powstrzymałem się, gdy wjechałem na sempiternie do przestrzeni bufetowej i zobaczyłem, ilu ludzi przyciągnął koncert Kroke.
Proces zbierania się z podłogi był długi, skomplikowany i okraszony jękiem bolesnym, a proces siadania na sali - o, dziwo - przeciwnie. Może dlatego, że część ciała, na której siadałem była w ciężkim szoku i niewiele do niej docierało, a najbardziej bolał mnie kręgosłup, który w czasie upadku złożył się w harmonijkę i właśnie rozprostowywał się ze zgrzytem. Publiczność był miła, chichotała bardzo dyskretnie, a zresztą kto by się przejmował jakąś fujarą, która nie potrafi chodzić po schodach, gdy za chwilę zespół Kroke przedstawi zupełnie, ale to zupełnie nowy program czyli utwory z płyty "Out of sight".

Początek był naprawdę mocny - "Desire" z płyty w porównaniu z koncertowym to niebo a ziemia. Na koncercie początek utworu aż kipi od energii, kontrabas Tomasza Lato dudni w transowym rytmie, akordeon Jerzego Bawoła wywołuje ciary na plecach, a niżej podpisana część publiczności cieszy się, że w muzyce Kroke pojawiają się nowe brzmienia, nowe nuty i kto wie, w jakim kierunku się to potoczy. Tak się wersja koncertowa różniła od studyjnej, że początkowo wcale nie poznałem, że to "Desire" i byłem święcie przekonany, że to jeszcze nowszy utwór, którego wcale nie ma na płycie. No, ale początek minął, środek był już rozpoznawalny i choć też klimatyczny, to jednak w zupełnie innym stylu i chyba różnica była zbyt duża jak dla mnie. Cóż, jeden woli pomidorową, a inny pierogi... Jedni woleli partie bardziej energetyczne, inni bardziej nastrojowe, a suma gustów dała gromkie brawa na koniec.

Kolejnym premierowym utworem był... było?... była?... Co to właściwie jest "Medinet"? Bo jeśli to od tej miejscowości w Egipcie, to chyba "było"? W każdym razie utwór był, utwór trwał, zapętlał melodię, graną przez akordeon, splatał ją ze spiralnymi partiami altówki i wprawiał publiczność w ruch jednostajnie kołyszący, a kiedy już ją rozkołysał - przeszedł w mocno bałkański "A Luftmentsch". I tu do kołyszących się słuchaczy dołączył zespół, który nie tylko także się kołysał, ale śpiewał, mruczał, dorabiał dźwięki przy pomocy "perkusji gębowej" i w ogóle. W ogóle zwłaszcza. Brawa były gromkie i gorące, a okrzyki "bis!" nie pojawiły się tylko dlatego, że wszyscy czekali co będzie dalej.
A dalej był "Tsygoiner Tants", który od niedawno zagościł ponownie w repertuarze koncertowym - zakręcony utwór z głębi Bałkanów z charakterystycznym "potknięciem" i zawieszeniem melodii. I kolejny fragment "Out of Sight" - "Life as it is": zwiewny motyw akordeonu, rozwijający się w dialog z altówką i nagle wszyscy się bawią, wszyscy się śmieją, a niektórym całość zaczyna się kojarzyć z twórczością Bobby'ego McFerrina z lat. Chwila zadumy nastąpiła przy powolnym klimatycznym "Beyond Words", utrzymanym w nastrojach płyty "Seventh Trip" a pierwszą część koncertu zakończył utwór "Janitsa" przy którym znowu cała sala znowu zaczęła falować, a niektórzy - nie bójmy się tego powiedzieć - zaczęli nawet klaskać do rytmu. Ale szybko przestali, bo "Janitsa" ma bardzo zmienne tempo i częste przejścia między "szybkim" a "wolnym", więc łatwo się pogubić.
W przerwie głos zabrał Jerzy Bawoł i powiedział, że nic nie powie, bo przecież ludzie przyszli słuchać muzyki, a nie jego przemów, prawda? - Nieprawda - oświadczyła publiczność, ale akordeonista Kroke był konsekwentny w swoich postanowieniach i dał znak Tomaszowi Lato, który zaczął kontrabasowy wstęp do utworu "Madrugada"...
I tak już było do końca: kropla zadumy ("Madrugada") na dwa kopy energii ("Jovano Jovanke"), odrobina klasyki ("Time") i trochę nowości ("Fields of Sorrow"), a całość kończył jak zwykle atomowy "Eddie" . Przepraszam, jaką całość? Oczywiście, były bisy. I oczywiście było "Ajde, Jano", brawa, entuzjazm publiczności, a na dobranoc - "Kołysanka dla Kamili". I znowu brawa, długie brawa...
Dwie godziny pełne muzyki i kolorowego dymu z dziwnej aparatury na zapleczu sceny. Dwie godziny, które przesiedziałem (podkreślam: przesiedziałem!) zasłuchany i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że studio studiem, płyta płytą, a Kroke należy słuchać przede wszystkim na żywo.
Podobało mi się tak bardzo, że trzy dni później wróciłem po jeszcze. Na niedzielnym koncercie były prawdziwe tłumy, więc nawet nie próbowałem szukać miejsca siedzącego (co bardzo ucieszyło mój "rewers") i stanąłem sobie pod ścianą. Bylo jeszcze lepiej, jeszcze bardziej nastrojowo i jeszcze bardziej energetycznie, a na bis - poza kanonicznymi utworami - otrzymaliśmy przekomarzankę obu Tomaszów, zakończoną komisyjnym odczytaniem nalepek na tylnej ściance kontrabasu, utrzymanych jak się okazało w duchu współzawodnictwa pracy oraz szeroko pojętego BHP.

"Następnego dnia cud spuchł i zsiniał..."


AJK

TOP ↑